Strona, która dorastała wraz ze mną

Strona, która dorastała wraz ze mną

Siedemnaście lat temu, właśnie w lutym, zarejestrowałem swoją pierwszą domenę.

Facebook wciąż działał jeszcze tylko na komputerach, Android 1.0 ledwo co został wydany, większość smartfonów działało pod Symbianem a Instagrama... po prostu nie było.

Nie była to moja pierwsza strona internetowa. Miałem ich już kilka od 2000 roku, a ich istnienie zależało mocno od humorów darmowego hostingu, z którego korzystałem. Wszystkie dawno zniknęły, razem z firmami, które je hostowały.

To był jednak pierwszy raz, gdy miałem miejsce naprawdę należące do mnie, a nie subdomenę u kogoś innego.

Nigdy się z nim nie rozstałem. Dziś po prostu przekierowuje tutaj, gdzie teraz „mieszkam”.

Gdy nadszedł czas by zacząć pracę i myśleć o sobie w kategoriach profesjonalisty, zmieniłem domenę na pelica.net. Przez pewien czas działały równolegle, bo pełniły różne funkcje - pierwotna, osobista strona-blog oraz pelica.net jako portfolio uzupełniające CV. Co oczywiście z czasem też się zmieniło. I to bardzo.

Kiedy Internet był mały

Nie pamiętam, co skłoniło mnie do stworzenia pierwszej strony. Najbardziej prawdopodobne jest to, że był to po prostu naturalny krok, biorąc pod uwagę w jak bardzo młodym wieku zetknąłem się z Internetem - oraz to, że od zawsze interesowała mnie technologia i jak działają różne rzeczy.

Pierwsza strona, jaką kiedykolwiek zrobiłem, była po prostu plikiem HTML z wielkim <marquee><h1>Welcome to my first website!</h1></marquee> na górze oraz kilkoma linkami do ulubionych stron z tamtych czasów. Dla tych, którzy nie wiedzą, czym był dawno już usunięty znacznik <marquee> - pozwalał on wyświetlić tekst przesuwający się z jednej strony ekranu na drugą. Szczyt możliwości HTML 4.01.

Strona trafiła na jeden z darmowych hostingów. W pewnym momencie był to adres w stylu piotr.pelica.w.interia.pl (który oczywiście już nie istnieje). Przez lata było ich kilka, ale schemat zawsze ten sam - trochę miejsca, cudza subdomena i wysyłanie plików przez FTP w Total Commanderze.

Gdy po raz pierwszy faktycznie opublikowałem stronę - po wypróbowaniu wszystkich możliwych opcji i kombinacji by to osiągnąć - oczywiście coś się zepsuło. Okazało się, że formułka <meta http-equiv="Content-Type" content="text/html; charset=Windows-1250" /> w kodzie jest niezbędna, żeby polskie znaki wyświetlały się poprawnie…

Na szczęście szybko udało się to naprawić po kilku wyszukiwaniach w zupełnie nowej wtedy wyszukiwarce o nazwie „Google”. Kto wie, może kiedyś będzie z tego duża firma i zdetronizuje NetSprinta…

Potem przyszedł czas na chwalenie się. Najpierw wysłałem link rodzinie, potem pokazałem znajomym w szkole, ustawiłem go w statusie Gadu-Gadu - właściwie każdemu, kto miał puls i wykazywał jakiekolwiek zainteresowanie.

Nie pamiętam, co było dalej. Większość ludzi wokół mnie nie była jeszcze szczególnie wkręcona w ten cały „Internet”. Wiem tylko, że ja nie przestałem grzebać dalej.

Od pożyczonego do własnego

Przez kolejne lata publikowałem strony, portale, później rzeczy pisane już całkowicie samodzielnie - pełne oczywiście dziur bezpieczeństwa, ale każdą poznaną podatność szybko łatałem. W końcu byłem w szkole, miałem więc na to czas.

Gdy w moim życiu pojawiły się pierwsze własne pieniądze, postanowiłem przeznaczyć część na domenę. A właściwie na jej odnowienia - bo samą rejestrację opłaciła mi mama jako wcześniejszy prezent urodzinowy.

W lutym 2009 roku zostałem dumnym właścicielem domeny dragonsheart.eu.

Sama domena niewiele jednak znaczy bez miejsca, gdzie można ją „zaparkować”, więc zaktualizowałem DNS, zacząłem przenosić blog… i oczywiście nie mogłem wytrzymać 24 godzin potrzebnych na propagację, więc wymusiłem właściwy adres IP w pliku hosts.

Zaczęło się od darmowego hostingu, który szybko zaczął sprawiać problemy (np. wstawiał na każdą stronę baner darmowy hosting od X, który dodatkowo psuł zapytania AJAX). Znajomy miał hosting współdzielony ze swoim tatą i zaproponował, że może hostować także moją stronę. Trzeba pamiętać, że strony były wtedy mikroskopijne - bezproblemowo mieściłem się w przydzielonych 25 MB razem ze zdjęciami. Zgodziłem się natychmiast.

Po konfiguracji FTP i DNS miałem profesjonalny hosting. Koniec z reklamami i cudzymi banerami. Wreszcie coś naprawdę mojego.

Niestety - do czasu. Bardzo szybko pytanie i proszenie kogoś o każdą zmianę konfiguracji zaczęło być męczące, więc gdy zdobyłem pierwszego klienta i zrobiłem mu stronę, to za zarobione pieniądze wykupiłem własne konto u tego samego hosta.

Co później okazało się błędem.

Typowy hosting współdzielony - ze wszystkimi jego wadami. Wsparcie techniczne praktycznie nie istniało albo było bardzo… przekonane o własnej wyższości.

W dodatku wkrótce po prostu z niego wyrosłem. Dostęp tylko do portów 80 i 443 przestał mi wystarczać - chciałem uruchamiać rzeczy inne niż strony WWW. Przeniosłem więc wszystko na podarowany sprzęt, czyli komputer stojący… w łazience (między ścianą a pralką). Tak, wiem, wiem. Byłem młody i, uch, niezbyt doświadczony. No i zirytowany hałasem wentylatorów o drugiej w nocy. Eksperyment trwał około pół roku - do momentu, gdy przyszedł rachunek za prąd.

Szybko zatem przeniosłem się na swój pierwszy VPS. To było objawienie - nagle brak ograniczeń domowego łącza internetowego, no i mogłem zrezygnować z płacenia dodatkowo za publiczny adres IP.

Dzięki doświadczeniom z serwerem "Nightmare" (tak, tak nazywał się komputer w łazience), RSS-om1 o bezpieczeństwie i administracji oraz pomocy losowych ludzi z forów, którym chciało się pomóc anonimowemu dzieciakowi tylko dlatego, że był tym zainteresowany... udało się stworzyć względnie stabilny serwer, na którym działały moje strony, API do aplikacji na Androida oraz serwery gier - z fajnymi adresami w stylu minecraft.dragonsheart.eu (Minecraft jeszcze nie istniał, ale dobry przykład to dobry przykład).

Długa faza blogowa

Okej, bo zbaczam z tematu, mimo tego, że ciężko opowiedzieć historię o stronach internetowych bez poruszania tematu hostingu. Pomimo tych zabaw i przygód jedno zostawało niezmienne - miałem swoją własną domenę.

Wydaje mi się, że najbardziej stałym elementem tej domeny był blog, w tej czy w innej formie. Czy to od mojej dziennikarskiej fazy zaczynając, przez fazę na pisanie, do myśli przerzuconych ~na papier~ do bazy danych - miałem miejsce, gdzie mogłem krzyczeć w pustkę - do każdego, kto chciał słuchać.

I oj, miałem opinie 🙄

Nie wiem, co sobie wtedy myślałem, ba, nie pamiętam, czy myślałem w ogóle. Patrząc z perspektywy czasu - wydaje się to naturalne - spędzałem w Internecie więcej czasu niż gdziekolwiek indziej. W tamtych czasach jedyną metodą dodania czegoś od siebie były fora albo właśnie własna strona. Facebook pojawił się dopiero później, a wcześniej albo pisało się samemu albo korzystało z WordPressa. I tak, też miałem swoją „fazę WordPressa”.

Niezależnie jednak od platformy - miałem swoje miejsce. I to miejsce rosło razem ze mną. Nie jestem w stanie policzyć, ile razy zaczynałem od nowa, ile razy skasowałem wszystko i uruchomiłem coś nowego. Każdy pierwszy wpis zawsze brzmiał mniej więcej: „przepraszam za przerwę” albo „blog wraca... znów”.

Tryb dorosłego: aktywowany

Z czasem zmieniły się nie tylko strony, ale i domeny. Przez pewien czas działały równolegle, ale ostatecznie zmieniły się w przekierowania.

Największa zmiana nastąpiła, gdy zaczynałem pracę jako programista. Potrzebowałem portfolio dla przyszłych pracodawców - i niekoniecznie chciałem odsyłać ich do strony z wpisami z czasów, gdy miałem trzynaście lat.

To był moment, gdy zacząłem świadomie myśleć o tym, co publikuję i jakie mogą być tego konsekwencje. Wtedy Internet przestał już być niszą dla kilku zapaleńców, którzy siedzieli, dyskutowali i mieli stanowcze opinie na temat tego, co powinien zawierać jakiś mało znaczący plik z konfiguracją. Zwykli ludzie też z niego korzstali. Ba, firmy zaczęły sprawdzać profile kandydatów w sieci, gdy decydowały, czy cię zatrudnić, czy nie.

Powstała więc moja pierwsza profesjonalna strona - miejsce na projekty, aplikacje, realizacje dla klientów i inne rzeczy, których nie dało się zmieścić w CV - oraz inne, drobne informacje pozwalające zdecydować, czy nadam się do zespołu.

Gdy podjąłem się swojej pierwszej pracy - wtedy jeszcze jako junior - zacząłem dowiadywać się i uczyć wielu rzeczy; te, wraz z moją naturalną ciekawością świata spowodowały, że chłonąłem wiedzę również po godzinach - co w zamian pomagało mi w pracy.

Dowiedziałem się o wydajności i dlaczego jest ważna - co nie było specjalnie trudne, z racji, że pamiętam erę komputerów wolniejszych, niż dzisiejszy budżetowy smartfon. Nauczyłem się standardów, dostępności, oraz całą masę rzeczy na temat sieci i jej infrastruktury.

A wracając do mojej strony - przebrnąłem przez przygody z dedykowanymi serwerami, żeby zdać sobie sprawę, że wcale nie potrzebuję tyle mocy. Przygody z platformami, frameworkami. Ostatecznie zdecydowałem się na stworzenie czegoś własnego. Doszło do mnie, że nawet mimo wysiłku, który muszę włożyć w utrzymanie - sprawia mi to więcej frajdy, niż wciśnięcie "zainstaluj aktualizacje". No i nie wspominając o fakcie, że mogę grzebać tak długo, aż będę miał coś, co sprawi, że jestem z tego dumny. Popatrz choćby na tę witrynę. Strona, którą czytasz, najprawdopodobniej załadowała się w mniej, niż 100 milisekund. To mniej, niż jedna dziesiąta sekundy!

Siedemnaście lat później

Własna domena to chyba jedna z najbardziej stałych elementów w moim życiu. W tym czasie zmieniło się bardzo wiele. Ba, wyjechałem na stałe mieszkać za granicą. Mimo to, jedno pozostało niezmienne od lutego 2009 roku.

Nadal majsterkuję. Dodaję rzeczy, przerabiam je, ulepszam.

Ten wpis powstał przy okazji dużego refaktoru strony - połączyłem pięć różnych typów treści w jeden. Teraz wszystko jest po prostu „postem”. Jestem z tego dumny, bo udało się to zrobić bez utraty danych i wydajności, choć większość użytkowników pewnie nawet tego nie zauważy.

Początkowo chciałem napisać wyłącznie krótki post z technicznym opisem zmian, ale uświadomiłem sobie, że właściwie to mija właśnie rocznica mojej pierwszej domeny. I że spędziłem w sieci 27 lat... z czego przez 17 miałem swój własny jej kawałek.

Podejrzewam, że będę go wciąż poprawiał jeszcze długo po tym, jak zapomnę, o czym był ten refaktor. Jedno jest pewne - ten mały fragment Internetu wciąż należy do mnie.


A także ogromne podziękowania dla Archive.org - robią niesamowitą robotę. Jeśli możecie, wesprzyjcie ich finansowo.


  1. Eh, nie wierzę, że to piszę, ale dla tych, co nie wiedzą, co to jest RSS - był to sposób na subskrybowanie stron internetowych w celu bycia powiadamianym o nowych postac - dłuuuugo przed sieciami społecznościowymi i subskrypcjach e-mail.