Czy znacie ten moment w życiu, kiedy przez miesiące jedziecie na 100% i w końcu nadchodzi punkt krytyczny? Ciało mówi „nie ma mowy”. Dusza błaga o regenerację. Głowa mówi “bee”.
No i właśnie wtedy trzeba wziąć i odpocząć. Dla jednych to sen. Dla innych wakacje all-inclusive. Dla mnie? Dla mnie to spacer z aparatem przewieszonym przez ramię. Najlepiej wśród zwierząt.
Dlatego tym tygodniu krążyłem więc między Shepreth Wildlife Park a Hamerton Zoo Park. Nie jakoś spektakularnie, typu “wielka zaplanowana wyprawa”, raczej “światło wygląda… okej; to jadę”. Jeszcze w styczniu podjąłem decyzję, która zmieniła wszystko - nagle zniknęła presja, żeby zostać cały dzień i wycisnąć z biletu każdą złotówkę. Zniknęło poczucie winy, że wychodzę po dwóch godzinach. Mogę po prostu… przyjechać, przejść się, zobaczyć co jest, wyjść kiedy czuję, że już pora. A potem zrobić to znów.
Shepreth zaczęło się jak zwykle. Kelabu na swoim obchodzie. Oba wilki grzywiaste schowane, jak przystało na introwertyków. Za to o dziwo zarówno pantera mglista jak i ryś byli na wybiegu - pierwszy raz od kiedy tam chodzę. Od jednego z opiekunów dowiedziałem się, że wkrótce planowana jest podmianka - samiec wilka grzywiastego pojedzie do innego zoo, a na jego miejsce przyjedzie nowy. W chwili pisania tego wpisu nowy samiec był jeszcze w kwarantannie.
A potem przyszło Hamerton.
Cicho (w końcu zima). Wyraźnie większe niż Shepreth. Pojechałem tam z nadzieją, że może uda się zobaczyć wilki grzywiaste. Chrysocyon brachyurus. Za pierwszym razem się nie udało. Przy wyjściu porozmawiałem z opiekunami i dowiedziałem się, że najczęściej wychodzą w porach karmienia, dlatego następnego dnia byłem tam dokładnie wtedy, gdy karmienie się zaczynało.
Nie spodziewałem się tego, co wydarzyło się później.
Nie zrozumcie mnie źle - widziałem już wilki grzywiaste wcześniej. I to właśnie w Hamerton. Te nogi. Te proporcje. Sposób, w jaki się poruszają, jakby ktoś zaprojektował lisa, a potem rozciągnął go pionowo - bo mógł. Za każdym razem, gdy któryś zaczynał się ruszać, wpadałem w trans. A ruszały się. Przysięgam, że widziałem je w powietrzu. A kiedy samiec dostał zoomies… No złoty pies w pełnej krasie.
Cóż więc, oficjalnie jestem dumnym posiadaczem dwóch rocznych karnetów do zoo, co brzmi zarówno lekko niepokojąco, jak i całkowicie właściwie.
Pod koniec tygodnia byłem zmęczony… ale tym razem fizycznie. W ten dobry sposób. W ten “wyszedłem z domu, ruszałem się, naprawdę mi zależało”.
Wygląda na to, że mnie właśnie tak wygląda moja regeneracja.