Poniedziałek

Uwaga! Wpis zawiera narzekanie i potężną dawkę sarkazmu. Jak cały blog. Jeśli nie rozumiesz tego komunikatu, opuść tę stronę. Dziękuję.

Jakże piękny poranek. Delikatne promienie słońca muskają mą wypoczętą twarz, a zza okna budzi mnie ćwierkanie ptaków i przyjazne głosy sąsiadów… Jest cudownie…

A potem dzwoni budzik.

Szarówka za oknem, jeszcze przesłonięta roletą, ale już wiem – dziś na słoneczny dzień nie ma co liczyć. Spoglądam na telefon. E-maili tylko milijon. Z jakiegoś powodu wszyscy chcący się ze mną skontaktować dostają weny twórczej około drugiej w nocy. Kocham wyciszanie powiadomień na noc.

Podnoszę się. Przydałoby się coś zjeść. W lodówce margaryna. Miło. To czeka mnie jeszcze wizyta w sklepie. Buty, klucze, drzwi. Portfel. Klucze, drzwi, pies sąsiadów, sklep. Pani z uśmiechem nr 5 i wzrokiem „czy ty k*** spać nie możesz?!” pyta co podać. Ale patrzy w te moje oczęta i widzi, że współczuję jej, znając tę samą niedolę. Jakaś szynka, jakiś ser, chleb. O jest ten co lubię. Wczorajszy. Poza tym nie ma żadnego innego.

Wpół do siódmej, a w małym osiedlowym sklepie kolejka zawinięta dookoła. Wzdycham ciężko.

20 minut później docieram do domu. Szybkie śniadanie, jeszcze zdążę się ogarnąć przed wyjściem. Wrzucam niezbędne rzeczy do plecaka. Porwał się. Brawo. Agrafka na szybko, trzyma. Dobrze. Kiedyś zaszyję.

Wychodzę. Drzwi, klucze, pies sąsiadów. Z jakiegoś powodu mnie lubi.

Przystanek pełen ludzi. No tak, zaczęły się wakacje, kochany urząd zmienił rozkłady. Ha, sprawdziłem, jestem przed czasem.

Autobus standardowo spóźniony dwie minuty. I po co ta zmiana? Kurs o 7:40 odjeżdżał zawsze 7:42, przeniesiony na 7:43 odjechał 7:45. Będziecie tak zmieniać, aż się przekręci i wróci na normalną godzinę?

No i, jak można się było spodziewać, podjechał najkrótszy z możliwych. Na najbardziej zatłoczony kurs. Zawsze. Wsiadam, przepraszam, zostaję wniesiony przez resztę pasażerów. Drzwi jakimś cudem zamknięte. Jedziemy. Jakiś facet rzuca się do kierowcy z pretensjami. Mówię mu, że to nie wina kierowcy, on tu tylko pracuje. Magia. Dotarło za pierwszym razem. Docieram na pętlę, tramwaj ucieka. A nie, to nie mój. To tylko dwa tej samej linii pod rząd. Dojechałem na styk. Tym razem.

W tramwaju posłuszeństwa odmawiają słuchawki. Kupiłem nowe. Leżą w domu. Miały czekać, aż te dokonają żywota. Dzień dobry.

Tramwaj opóźniony, ale tylko 10 minut. No i co z tego, że wrócił na krótszą trasę, skoro jedzie tyle samo?

Mój przystanek. Wysadam. Dzień dobry, poniedziałku.

A weźże wyraź opinię!