Homesick

Zawsze myślałem, że nie jestem przywiązany do konkretnego miejsca. Tam, gdzie jestem, jest mój dom.

Ta. Bujda na resorach.

To nie działa tak, że wyjeżdżasz i już tęsknisz. Zaraz po wyjeździe masz tą całą adrenalinę, podniecenie, które czujesz – bo to coś nowego. Podróż w nieznane, gdzieś, gdzie nie byłeś. Myślisz o tych wszystkich chwilach, które cię czekają, wszystkich nowych miejscach, które odwiedzisz; wszystkich ludziach, których spotkasz. Zastanawiasz się, czy na pewno wszystko zapakowałeś, czy zabrałeś wszystko, co będzie potrzebne, próbujesz przewidzieć, co się może wydarzyć i co cię czeka, by się przygotować. Sprawdzasz pogodę w miejscu docelowym kilka razy dziennie. Zastanawiasz się, co ubrać, myślisz o tych wszystkich głupich rzeczach – jedzenie, praca, lekarz, ubezpieczenie, samochód. Czy dojadę bez problemów? Czy będą problemy przy przejeździe przez granicę? Czy znam język na tyle, żeby się porozumieć?

To samo jest przy krótszych podróżach. To samo jest przy urlopie. To samo jest przy weekendowym wypadzie dokądkolwiek.

Dopiero, gdy gdzieś zostajesz na dłużej, dopiero, gdy masz czas usiąść, popatrzeć w dal, pomyśleć. Dopiero wieczorem, dopiero rano, dopiero podczas przerwy na lunch.

Dopiero wtedy cię dopada. Bez ostrzeżenia, bez zapowiedzi. Nagle coś przypomina ci dom. Nagle ci się on śni, nagle zalewają cię wspomnienia i niepewność codzienności. I gdzieś tak pośrodku tego wszystkiego, cicho, szeptem – myśl – jak fajnie byłoby wrócić.

I to jest właśnie to. Uciekam w myślach do tego, co już znam. Odpływam, zostawiając szarość codzienności, do kolorowych wspomnień. Widzę, jak piękne jest to, co zostawiłem. Czuję, było wspaniale. I dopada mnie rzeczywistość. A rzeczywistość to problemy, to zastanawianie się, co i jak?

I właśnie wtedy wsiadam w samolot i lecę. Na chwilę, na weekend. Naładować akumulatory. Odpocząć. Pobyć w domu. Nie zastanawiam się zbyt długo, bo tu nie ma się co zastanawiać. Po prostu trzeba to zrobić.

I od razu lepiej…