Żyjemy w przyszłości

To już dzisiaj, takie mam wrażenie. Żyjemy w czasach, które widzieliśmy w Star Treku, czy innych filmach Sci-Fi. Na co dzień nie zdajemy sobie nawet z tego sprawy. Tymczasem na własnej skórze przekonałem się, że dziś bez smartfona jak bez ręki.

Uwaga – będzie długo, bo lubię czasem napisać dłuższy tekst.

Wiem, powtarzam wyświechtane frazesy – przecież to już było, już o tym pisali, pojawiło się chyba nawet na największych portalach, koniecznie z galerią 15 zdjęć, z czego trzy to reklamy. Dlaczego więc o tym piszę?

Bo przekonałem się o tym na własnej skórze. I to w sposób dość dramatyczny, gdyż patrząc z perspektywy współczesnego człowieka i tempa zmian dzisiejszego świata – cofnąłem się do epoki kamienia łupanego. Stała się tragedia, przyszła znienacka, bez zapowiedzi. Zepsuł mi się smartfon.

Zepsuty smartfon – co teraz?

Jeszcze kilka lat temu oznaczałoby, że właśnie utraciłem wszystko – zdjęcia, muzykę, smsy, kontakty. No, może poza zdjęciami – te byłyby na karcie pamięci, którą stosunkowo łatwo wyciągnąć. Numer też nie stanowiłby większego problemu, bo wystarczy przełożyć kartę SIM/R-UIM do innego telefonu. Teraz, gdy kopia zapasowa danych leży bezpiecznie na serwerze, nie muszę się już o to martwić. Uzyskać dostęp do tych danych mogę w dowolnym momencie – z komputera.

Nie zmienia to faktu, że moim telefonem stał się dumbphone, czyli zwykły telefon – do dzwonienia, do SMSów. No i ok – ma przeglądarkę internetową, ale w trakcie ładowania strony zdążyłbym obejrzeć reklamy w telewizji, tj. gdybym oglądał telewizję. Odpuściłem więc całkiem internet w telefonie, bo to nie na moje nerwy.

Bez smartfona jak bez ręki

I właśnie na przestrzeni tych kilku ostatnich dni zdałem sobie sprawę, jak wiele czynności wykonywałem automatycznie, nawet o nich nie myśląc. Jak bardzo korzystałem z technologii przyszłości – dostępnej na wyciągnięcie ręki.

Bo przecież, zupełnie jak komputer Enterprise, mogłem zapytać o informacje, których potrzebowałem, czy kazać wykonać określone polecenia. „Ok Google, przypomnij mi zebrać pranie wieczorem” – choć jeszcze nieco dziwne składniowo (co wynika z faktu, że asystent jest tworzony pod język angielski), nie było niczym niezwykłym. Ustawianie minutnika z przypomnieniem o kończącym się czasie parkingu, dodanie pozycji do listy zakupów, przeliczanie walut, ba – wybieranie numerów i wysyłanie wiadomości – to wszystko mogłem zrobić „rozmawiając” z telefonem. Kawałkiem plastiku, krzemu i silikonu, który zapewniał mi dostęp do zgromadzonych przez lata danych – zdjęć, filmów, muzyki; zapewniał rozrywkę – czy to Netflix, czy YouTube; pozwalał na dostęp do finansów – przez aplikacje banków, płatności – Android Pay; zapewniał informacje – prowadził za rączkę do celu w nawigacji, pokazywał prognozę pogody, dostarczał informacji o zanieczyszczeniach powietrza (Kraków pięknym miastem), czy odjazdach środków transportu publicznego.

Smartfon stał się tak osobisty, że zawiera więcej danych, niż komputer – wykorzystywany coraz bardziej raczej do pracy, niż rozrywki. Mając odpowiednio dopasowany (lub w moim przypadku – samemu stworzony) osprzęt – to za pomocą telefonu sterowałem odtwarzaniem filmów, za jego pomocą łączyłem Spotify z wieżą, by posłuchać muzyki w lepszej jakości – a to wszystko intuicyjnie i bez kabli. Po prostu działa. Mogę w dowolnym momencie wrzucić informacje on main viewer. Telefon automatycznie łączył się również z zestawem audio w samochodzie – co pozwalało na słuchanie muzyki i prowadzenie rozmów. Dałem się nawet ponieść i kupiłem zegarek, który współgra z telefonem, dając ten sam dostęp do powiadomień czy asystenta, co telefon. Wyciągnięcie telefonu zastąpiło spojrzenie na nadgarstek – co robi różnicę, zwłaszcza, gdy jestem zajęty czymś innym – np. prowadzeniem auta, bądź rozmową. I nie to, że muszę spojrzeć na każde powiadomienie – ale gdy czekam na coś ważnego, to od razu wiem, że to nie to 🙂

I nagle tego brak

Teraz… tego nie mam. I czuję się z tym dziwnie. Pocztę sprawdzam na komputerze, nie na bieżąco, tylko co jakiś czas. Kiedy chcę obejrzeć film, również włączam komputer. Kiedy chcę porozmawiać ze znajomymi np. na Messengerze, również muszę włączyć komputer. Kiedy chcę dowiedzieć się, co nowego, odpalam Feedly – również w przeglądarce na komputerze. Komputer z roli narzędzia do pracy powrócił do bycia centrum codziennego życia. W porównaniu z okresem przed awarią spędzam zdecydowanie więcej czasu przy biurku.

Zdecydowanie nie jest to dobre dla moich pleców.

Czuję się dziwnie, gdyż wszelkie czynności, które kiedyś wykonywałem odruchowo, sięgając po telefon, wykonuję teraz przy biurku bądź w ogóle ich nie robię. Mam wrażenie, jakbym był na odwyku – mój mózg szuka bodźców, w końcu tyle czasu zalewany był papką informacyjną. Swoją drogą jest to pozytywne doświadczenie – już wiem, że gdy mój Nexus 5x wróci z serwisu, wiele powiadomień zostanie całkowicie wyłączonych.

FOMO nigdy nie było w moim przypadku specjalnie silne – nie sprawiała mi problemu świadomość, że pominie mnie jakiś nius, wiadomość, post na tablicy czy w innych sieciach społecznościowych. Od awarii jednak zauważam u siebie obawę o wiadomości bezpośrednie – czyli przykładowo, jeśli ktoś napisze do mnie na Messengerze? Dopóki nie sprawdzę tego na komputerze, nie będę nawet wiedział o tej wiadomości. Owszem, niektórzy powiedzą, że jeśli jest to coś pilnego, to zadzwoni. Jakoś nie przekonuje mnie takie podejście – mam w kontaktach osoby, które również pilne wiadomości przekazują poprzez czat; ostatecznie liczy się komunikacja, a nie sam środek, jaki został użyty do jej przeprowadzenia, a przyzwyczajenia ciężko jest zmienić.

Czym zatem jest dla mnie smartfon?

Podsumowując – jest, można by to ująć, przedłużeniem ręki. Jest rozwinięciem człowieczeństwa, arcydziełem ludzkiego umysłu. Nie twierdzę, że nie pojawią się wynalazki, które zdeklasują smartfon do tego samego stopnia, jak smartfon zdeklasował budki telefoniczne. Jednak jest to urządzenie na tyle genialne, że tworzy trendy samo w sobie – słyszymy o tym zewsząd: technologie mobilne, zakupy mobilne, zdjęcia mobilne, wszystko mobilne.

Jest to urządzenie, które pozwala nam na komunikowanie się w sposób, o którym kiedyś debatowali futurologowie – z każdego miejsca, gdzie tylko mamy zasięg, możemy nie dość, że porozmawiać z inną osobą, to możemy do niej napisać, a nawet ją zobaczyć – rozmowy wideo to nie jest już nic niezwykłego, a już dawno nie widziałem takiej, w której obie strony krzyczały do mikrofonu, pytając się nawzajem, czy się słyszą. Wysyłamy zdjęcia z wakacji w ciągu sekund. Znam osoby (nie, żebym się tym specjalnie szczycił), które podczas jednej wizyty w łazience – smartfonem właśnie – robią więcej zdjęć, niż kiedyś mieściło się na kliszy fotograficznej. Kiedy chcemy posłuchać muzyki, nie kupujemy już albumów, nie szukamy i nie ściągamy empetrójek – wystarczy wpisać tytuł utworu w Spotify czy Tidalu i już.

Smartfon jest świetnym narzędziem. Jest PADDem, trykorderem, notatnikiem, aparatem, walkmanem (czy odtwarzaczem MP3 dla młodszych czytelników), odtwarzaczem wideo, nawigacją, bankiem, stałym dostawcą śmiesznych zdjęć kotów, kontaktem ze znajomymi i rodziną, o jakim kiedyś nie marzyliśmy (do tego stopnia, że niektórzy świadomie z niego rezygnują). Jest świetnym narzędziem do prowadzenia biznesu, do zapisywania list zakupów, i wielu innych rzeczy, które teraz nawet nie przyjdą mi do głowy.

Jest jeszcze bardziej wszechstronny (przynajmniej w codziennym życiu) i jeszcze bardziej osobisty, niż komputer osobisty. Ostatnio widziałem, jak do smartfona przekonał się człowiek, który był mu całkowicie przeciwny. Było to dla mnie szokiem, chociaż gdy się nad tym zastanowiłem, zdałem sobie sprawę, że ten moment kiedyś  musiał nastąpić. I to nie dlatego, żeby nie odstawać od innych. Po prostu smartfon stał się szalenie użytecznym narzędziem. Myślę, że nie pomylę się zbytnio, jeśli porównam go do rewolucji na skalę wynalezienia koła, silnika parowego a następnie spalinowego.

A teraz? Pozostaje mi czekać, aż odzyskam swoje koło.

Zdjęcie z okładki – Paula Lavalle w serwisie Unsplash

A weźże wyraź opinię!