Moja przygoda z radiem

Uwaga, ten wpis jest kompletnie nudny i zawiera moje przemyślenia oraz historie. Czytasz na własną odpowiedzialność.

Nie sięgam pamięcią na tyle daleko, żeby wiedzieć, kiedy pojawiła się w moim życiu pasja do wszystkiego, co elektroniczne – czy to cyfrowe, czy analogowe. Pamiętam natomiast, że już w wieku lat 6 potrafiłem zepsuć komputer, a 7 – nawet sam go naprawiałem. Może przyczynił się do tego fakt, że sąsiad, znudzony którymś z kolei formatem pokazał mi, jak się go robi.

Zawsze ciągnęło mnie do telefonów, telewizorów, konsol do gier, komputerów, radia… Ale nigdy nie wystarczało mi, by ich używać – musiałem wiedzieć, jak działają – na jakiej zasadzie, dlaczego tak, a nie inaczej. Dosyć wcześnie dostaliśmy z bratem najtańsze, zabawkowe „walkie-talkie”. Miało najgorszy z możliwych plastik, w dodatku niedokładnie wykończony (zabawka dla dzieci) i nie posiadało blokady szumów ani regulacji częstotliwości, ale kiedy obie „krótkofalówki” były w użyciu, brata było słychać z drugiego końca placu zabaw…

Kiedy podrosłem już na tyle, żeby dostawać kieszonkowe, udało mi się odłożyć na pierwsze „profesjonalne radio” – jeden z tańszych zestawów PMR od MaxCom’a. To było coś! Przy dobrych warunkach mogłem spokojnie pójść do sklepu i w zapytać, czy trzeba dokupić coś jeszcze. Przy kosztach połączeń przez komórkę w tamtych czasach to właśnie telefon służył raczej do łączności „na wszelki wypadek”. Było fajnie, ale w pewnym momencie to wszystko się trochę wypaliło – komunikację przejął Internet i taniejące SMSy.

I taka przerwa trwała aż poszedłem do technikum. Zawsze się udzielałem w różnych wydarzeniach i przy dniach otwartych szkoły, kiedy minęły już nadchodzące fale kandydatów, mój wychowawca skierował mnie do siedziby szkolnego klubu krótkofalarskiego. Wdrapałem się więc na trzecie piętro, a chłopaki, chociaż byli już zmęczeni, pokazali mi o co w tym wszystkim chodzi – nawiązali przy mnie łączność z kimś ze środkowej Rosji – a to dla mnie był wtedy praktycznie koniec świata. Dowiedziałem się, że robili łączności nawet z ISS’em (a Międzynarodowa Stacja Kosmiczna także należała do grona moich zainteresowań). Dali mi też pokręcić gałką w radiu – koniec, już byłem kupiony.

Zacząłem przychodzić do klubu SP4KNA (przy okazji – pozdrawiam Was serdecznie!) raz w tygodniu – tak, jak pozwalały mi na to plany zajęć moje i członków klubu. Później, kiedy już mnie znano, chodziłem tam częściej, nawet kilka razy w tygodniu, często siedziałem nawet sam – ale wtedy nigdy nie dotknąłem mikrofonu. Początkowo tylko nasłuchiwałem, ale słuchałem wszystkiego – od pasm amatorskich, przez CB, PMR, a także Policji, Pogotowia Ratunkowego i wielu, wieeeelu innych. Od samego początku wiedziałem, co mi wolno – pod żadnym pozorem nie zakłócać innych łączności, a nadawanie było dostępne tylko na pasmach amatorskich. I tak, po kilku miesiącach słuchania, pod okiem doświadczonego operatora, zrobiłem swoją pierwszą łączność – moim rozmówcą był Tomasz pod znakiem okolicznościowym SP2010FC/4; nadawał wtedy z okolic Olsztynka.

Jakoś tak się złożyło, że i wtedy niestety się to skończyło. Pochłonęła mnie inna z moich pasji – miałem możliwość nadawania własnej telewizji internetowej. I tak, czego żałuję, nie przygotowałem się i nie podszedłem wtedy do egzaminu, by zdobyć własne świadectwo operatora i pozwolenie. Ale coś mi z tego zostało.

Później przeniosłem się do większego miasta. Zacząłem więcej podróżować, zarówno na skalę lokalną (tramwaje i autobusy), jak i ogólnopolską (kolej). Długo się nad tym zastanawiałem, ale zdecydowałem się w końcu, by kupić sprzęt do nasłuchu – chciałem wiedzieć dlaczego pociąg stoi, czy dlaczego tramwaj nie odjeżdża z przystanku. Nie chciałem jednak się ograniczać i wolałem kupić sprzęt nadawczo-odbiorczy, tym bardziej, że różnica w cenie między wybranymi przeze mnie modelami była niewielka. Około tygodnia dokładnie przeszukiwałem Internet w sprawie tego, jak wygląda legalność takiego rozwiązania – notowałem, potwierdzałem informacje w kilku źródłach. Wiedziałem, że eter to nie miejsce na żarty. Dowiedziałem się, że nie trzeba posiadać pozwolenia na urządzenia odbiorcze, a zgodnie z orzeczeniem Naczelnego Sądu Administracyjnego, sprzęt odbiorczy staje się sprzętem nadawczym, gdy wciśniemy przycisk nadawania. Mimo to, wciąż wahałem się.

Z drugiej strony możliwość nadawania była kusząca, tak samo wizja licencji amatorskiej. Stwierdziłem, że zaopatrzę się w Baofenga UV-5RE, w którym można programowo zablokować nadawanie. Stwierdziłem – opcja idealna, nic nie nadam, dopóki nie będę miał pozwolenia. I tak oto stałem się właścicielem mojego pierwszego transcievera.

Przyszedł! Od razu włączyłem, wpisałem zapisane wcześniej częstotliwości i zacząłem słuchać. I było dobrze.

Chwilę potem zaprogramowałem urządzenie, zablokowałem częstotliwości, na których nie mogę nadawać. Wykupiłem pozwolenie na pracę w sieci HRS, żeby móc rozmawiać jeszcze zanim będę miał licencję. I pomyślałem o kursie.

Szukałem klubów krótkofalarskich w Krakowie. Znalazłem kilka, ale nie mogłem się zdecydować. Ale pewnego dnia na mojej skrzynce ląduje e-mail, że zaczyna się kurs, że tu, w Krakowie, na miejscu. Dogodny termin, lokalizacja też dobra. Nie myślałem długo – poszedłem. Kurs zrobiłem.

I teraz czeka mnie egzamin. Już nie długo, bo za miesiąc – dwa. Tak więc – dołączam do Was, drodzy krótkofalowcy, jeszcze przed wakacjami! A chwilowo wciąż jeszcze słucham. I jest dobrze.

A weźże wyraź opinię!